Styl Pijanego Surfera V.2

Butelka wina leży w półmroku jak zgwałcona kobieta. Korek przypomina sukienkę. Korkociąg wgryzł się w płótno i przekroczył etyczną granicę. Zegar opluwa ekran cyframi 00:49. Czas bezlitośnie bije worek moich kości. Skurwiel zawsze ma siłę na kolejny trening.

Sobotnia noc rozlała się po ulicach Katowickiego Śródmieścia. Ściany w klubach ociekają o tej porze wilgocią parującą z przybyłych cieni. Małpy szukają wzajemnych wibracji. Głośnik przeprowadza atak na bębenki, jak soniczna broń przyszłości. Podziemne tunele wypełniają się gęstym ludzkim fetorem. Światło stroboskopów tnie cienie na plasterki. Samotni myśliwi polujący na szczęście. Wino, wódka, piwo, kwiaty konopi. Używki dają ludzkiemu umysłowi odpocząć. Problemy trzeźwego życia wysyłam w gwiazdy. Substancja obmywa maskę prawego obywatela zmazując fałsz. Zwierz wychodzi z betonowego lasu. Kły błyszczą w ciemności jak białe reflektory. Ktoś dostanie dziś wpierdol. Ktoś zostanie dziś ojcem. Ktoś zostanie dziś ćpunem. Czerwone wino przelewa się przez moje żyły. Greków chwalę za napój bogów.

Marzenia rozmytych oczu tlą się jak zapomniane świeczki na grobach. Przeziębienie wiruje mózgiem, ogień wypełnia płuca. Życie boli i cieszy. Data odjazdu wagonu z napisem śmierć nieznana. Bilet ze szczegółami ostatniego przejazdu ułatwił by stanie na peronie.

Carlo Rossi z fioletową nalepką błyszczy w bezruchu. Esencję wyssałem jak wampir. Paluszki płyną po klawiaturze. Ciasto z liter piekłem dziś trzy razy, wyszły same zakalce. Ten który piszę teraz wydaje mi się szczery. Poeta. Pierdolony poeta patrzy na upadek społeczeństwa.

Nocą miasto zamienia się w dżunglę. Ciemność przykrywa ulicę swoim zimnym kocem. Ulice samotnie śpią, jak zapomniane groby. Miasto przykręca w nocy tłumik, strzały padają cicho. Betonowe morze czeka na sprzątaczkę która upcha śmieci w otwartym grobowcu. Słońce ma ręce pełne roboty po drugiej stronie globu. Taksówki zbierają poległych żołnierzy z frontu. Kask przebity pociskiem alkoholu. Barman strzela kieliszkami wódki w napierającą falę zombie.

Netbook staje się teatrem, miejscem w którym litery grają w spektaklu. Dłonie luźno opadają na plastik. Para idealna, pisarz zakochany w klawiaturze. Odgłos wciskanych liter daje namiastkę spokoju. Łóżko wzywa do siebie, zmysłowo szepcze do ucha, jak piękna kochanka. Nogi z drewna stoją otworem.Mgła spowiła miasto jak pajęczyna. Asfalt staje się parkietem teatru. Kobieta odpala papierosa spacerując po samym środku drogi. Jestem jak snajper bez broni, obserwuje spektakl rozgrywający się pod oknami.

Kałużę cieni przykrywa błyszczący płaszcz światła. Latarnie są passe. Bez nich człowiek staje się ślepcem. Idź nocą na spacer po lesie, będziesz marzył o latarniach. Bestia uśpiona snem cywilizacji nie obudzi się szybko. Zwiniesz się w bezbronny kłębek i położysz obok drzewa, z łzami w oczach będziesz słuchał wycia wilków.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s